nawyki-w-kuchni
Zdrowe nawyki

Poukładana od kuchni. 13 zasad, które uproszczą Ci życie, pozwolą zyskać czas i nie zwariować.

Nie będę kryć, że jestem jedną z tych mam, które bardzo przeżyły rozszerzanie diety u niemowlaka i uznały, że moja córka będzie się odżywiać superzdrowo i superodżywczo nawet jeśli moja własna dieta odbiegała od ideału. Dwoiłam się i troiłam żeby było różnorodnie i na bogato od witamin, aż doszło do sytuacji w której nie robiłam nic poza planowaniem posiłków. Były dni, że miałam dość i mdliło mnie na samą myśl o kolejnej zupce. Ale ten napięty czas zbudował we mnie kilka zasad, które mi samej ułatwiają teraz funkcjonowanie.

O czym powinna pamiętać każda mama?

Po pierwsze: dziecko ma jeść to, co jadacie wszyscy.

Jeśli jecie mrożone pizze to nie udawaj, że jesteście fit. Dziecko się zorientuje. Jeśli nie jadacie brokułów czy kalafiora to nie wciskaj ich dziecku na siłę. Rób tak żeby dostawało to samo, co Wy tylko w lżejszych wersjach (bez soli i cukru). Nie zadręczaj się, że jesteś złą matką tylko ułatwiaj sobie życie. Unikajmy tez hipokryzji: szanujmy swoje dziecko. Jeśli nie chcemy żeby piło słodkie napoje sami ich nie pijmy. Zasada “ja mogę, bo jestem duży” jest głupia. A dziecko znajdzie sposób by spróbować jak zobaczy jak duże zainteresowanie to w Tobie wzbudza.

Ja sama dzięki dziecku zmieniłam swoją dietę. Średnio przepadam za zupami, ale oszalałam na punkcie warzyw i obie jadamy je z przyjemnością. Jestem bardzo zadowolona z tej zmiany. Nie umiem do niej przekonać męża, ale nie gotuję dwóch różnych rzeczy jeśli jada coś innego, bo… (patrz zasada druga)

Po drugie: ktoś nie je tego, co przygotowałam? Ok, ale gotuje sobie sam.

Mój Mąż nie zawsze ma ochotę na to, co przygotowałam dla nas na obiad i ok, nie boli mnie to w żaden sposób. Natomiast nie jest to powód dla którego miałabym marnować swój czas i gotować dwa różne obiady. Nie je? Ok, robi sobie obiad sam. Nie jestem jego kucharką i nie widzę powodu by gotować mu oddzielnie. Zazwyczaj po prostu zjada to, co przygotowałam albo sam robi obiad dla nas wszystkich. Jeśli chcesz możesz zrobić Mężowi oddzielny posiłek – ja po prostu na to czasu nie mam i w naszym partnerskim małżeństwie nie jest to powód do kłótni.

Pracuję i zajmuję się dzieckiem tak samo jak mój Mąż. Mam dość własnych obowiązków i nie zgadzam się na dokładanie sobie nowych.

Po trzecie: mam zawsze owoc albo suszony owoc w zapasie.

Może być też twarożek lub jogurt. Świetnie sprawdza się to również w trakcie wypadu na miasto. Nie zawsze jest czas żeby przygotować coś większego do zjedzenia.

Szczególnie, gdy Ola wypadła ze schematu dnia, budzi się i nie mam dla niej obiadu (chcę ugotować świeżą kaszę) podrzucam jej coś mniejszego do schrupania. Zyskuję wtedy czas, dziecko nie płacze mi głodne, ogarniam wszystko na spokojnie. Plus to zawsze dodatkowa porcja witamin.

Po czwarte: każdy z nas może nie mieć ochoty jeść.

Jeśli Ola jadła wczoraj a dziś ma słabszy jedzeniowo dzień to nie podsuwam jej nic na siłę. Szczególnie jak widzę, że dnia poprzedniego zjadła trochę więcej. Każdy ma prawo mieć słabszy apetyt – dziecko również. Są dni kiedy nie mamy jakiejś szczególnej ochoty na obiad i nie zadręczamy się tym. Zjadamy kilka mniejszych rzeczy i wciąż chodzimy spać syci.

To bardzo ważne by nauczyć się słuchać swojego organizmu i pozwolić na to również dziecku. Nie wierzę w to, że można je nauczyć życia z głodem – jak będzie chciało jeść od razu to zakomunikuje.

Po piąte: kreatywność w kuchni, czyli po prostu użyj tego, co masz.

O matko, był czas, że testowałam podmianki większości składników korzystając z jakiegoś przepisu. Mieszam, rozdrabniam, podmieniam składniki w kuchni i testuję, co mi z tego wychodzi. Często jest to zjadliwe, czasami to prawdziwy strzał w dziesiątkę a (rzadko, ale jednak) nie komentujemy z Mężem smaku…

Po szóste: zamroź, zrób więcej, dorzuć resztki.

Uważam, że codzienne gotowanie kotletów to strata czasu. Bulion gotuję jeden na tydzień. Kotlety mrożę na 3 dni. Nadmiar kaszy czy makaronu przechowuję w lodówce i podgrzewam w piekarniku. Ktoś może powiedzieć, że to takie nudne, ale ludzie sukcesu wciąż jadają takie same śniadania. Fakt, że nie musisz podejmować decyzji, co zjeść bardzo dużo ułatwia.

Doby nie rozciągniesz, ale możesz wykorzystać go z głową – raz usmaż kotlety i poświęć na posiłek godzinę zamiast codziennie po jednej. W ciągu 3 dni zyskasz ich aż 2!

Po siódme: robię zakupy raz w tygodniu. Pisałam o tym już tutaj.

A czasami wychodzi nawet raz na 10 dni, bo jak nie mam ochoty na zakupy to wykorzystuję to, co mam w szafkach. Często jest to dodatkowy sos (spaghetti) albo coś co wyjdzie z pougniatania 3 składników (kopytka, kluski, pyzy :D). Swoją drogą: dziś korzystam z tej zasady i planuję na obiad naleśniki ze szpinakiem :)

Po ósme: mam zawsze planner posiłków pod ręką i korzystam z niego.

Rzut okiem na lodówkę wystarczy by wiedzieć co zrobić. Nie tracę czasu na analizowanie i milion decyzji. Polecam ściągnąć sobie planner bezpłatnie stąd.

Po dziewiąte: mam w kuchni tylko niezbędną ilość naczyń – wbrew pozorom zaoszczędza mi to miejsce i czas zmywania.

Po ostatniej przeprowadzce zostaliśmy z Mężem zasypani prezentami od bliskich: zastawą, garnkami, sztućcami. I uznaliśmy, że nie mamy gdzie ich pochować, więc były w codziennym obiegu. Co się okazało? Że nagle korzystamy z 12 dużych talerzy. Kubków nie myjemy aż zostanie ostatni czysty (co oznacza około 20 kubków stojących w okolicy zlewu – bo w nim się już nie mieszczą!) Dla nas masakra. Zmywaliśmy zniechęceni, z poczuciem, że nas te rzeczy przytłaczają.

Aż się zirytowaliśmy na tyle by schować połowę do szafy. Teraz mamy wszystkiego mniej i łatwiej nam zapanować nad bałaganem. Jest tak zwyczajnie po ludzku mniej rzeczy do brudzenia i wbrew pozorom: łatwiej nam pozmywać wszystko od razu, bo jak się widzi 2 talerze to się je zmyje od razu. Inaczej jest jak widzisz ich 10…

Po dziesiąte: produkty zawsze mają swoje stałe miejsce w każdym miejscu w kuchni.

I na to miejsce wracają. Nie tracę czasu na szukanie. Po prostu otwieram właściwe miejsce. Łatwiej mi też sprawdzić czy jakiś produkt się skończył – po prostu otwieram określoną szufladę lub zaglądam na półkę.

Po jedenaste: zawsze rano filtruję wodę i napełniam bidon Oli. To fragment rutyny dnia powszedniego, pisałam o tym już tutaj.

Pilnuję w ten sposób tego, by przez cały dzień prawidłowo się nawodnić. Biorę też od razu witaminy (leżą najczęściej tuż obok dzbanka, więc nie muszę sobie o nich przypominać – po prostu na nie zerkam i konsumuję przy pierwszej szklance świeżej wody)

Po dwunaste: wszystko namaczam!

Nie mam zmywarki w związku z czym wszystko pozostaje do ręcznego zmywania. A nie ma chyba nic gorszego niż tracić czas by dotrzeć zaschniętą kaszę w rondelku. Jeśli nie uda mi się zmyć wszystkiego od razu to chociaż zostawiam wodę w naczyniu by później umyć je z równą łatwością. Schodzi od razu, bez potrzeby szorowania.

Po trzynaste: nożyczki na wierzchu, w stałym miejscu.

Nie doceniamy roli nożyczek w naszym życiu, szczególnie w kuchennym otoczeniu. Wszystko w kuchni otwieram nożyczkami – nie nożem. Mają one też swoje stałe miejsce (suszarka na małe łyżeczki) i wracają tam po każdym użyciu. Nie wyobrażam sobie tracić czasu na rozrywanie opakowań, ratowanie wylatującej z nich zawartości czy szatkowanie szczypiorku do jajecznicy kiedy można go po prostu uciąć (tak samo jak inne zioła).

Podzielcie się swoimi kuchennymi zasadami w komentarzu. Co ułatwia Wam życie?